Whitewater Canyon – tam, gdzie pustynia spotyka rzekę

78398109 (1)

Kalifornia to plaże, palmy i ocean, prawda? No… nie do końca!

Na Instagramie często widzę, że Kalifornia kojarzy się ludziom tylko z surferami i zachodami słońca na Venice Beach. I kiedy wspominam o górach, reakcje są zwykle takie: „Ale jak to, góry?! Przecież to Kalifornia!” No cóż… czas rozwiać ten mit.

Kalifornia to nie tylko fale i palmy – to także góry. I to jakie! Na południu nie znajdziecie jednak zielonych dolin jak w Yosemite, tylko coś zupełnie innego: surowe, pustynne pasma zwane high desert. Ich krajobraz wygląda jak wyjęty prosto z westernu. I właśnie tam leży Whitewater Canyon – miejsce, gdzie przez wieki rzeka rzeźbiła swoje koryto, a dziś można wędrować jednymi z najciekawszych szlaków w regionie.

A teraz ciekawostka: to nie jest kolejny „suchy kanion”, jak mogłoby się wydawać. Płynie tu rzeka Whitewater, której źródło znajduje się wysoko w górach – w topniejących śniegach San Gorgonio, najwyższego szczytu południowej Kalifornii. Tak, śnieg w Kalifornii istnieje naprawdę! A wiosną zamienia się w rwący nurt, który przecina pustynię niczym dodatkowa scena z filmu o Indianie Jonesie.

Luty zaczęliśmy aktywnie, bo zimą w Kalifornii najlepiej zdobywa się góry i kaniony.

Podczas gdy pół świata marznie, tutaj mamy idealne warunki na wędrówkę – 22°C, lekki wiaterek i żadnych wymówek, żeby nie ruszyć na szlak. Whitewater Canyon to świetna trasa dla średniozaawansowanych, choć nie ma co jej lekceważyć. Kamieni nie brakuje, a podejście potrafi wycisnąć pot – szczególnie, gdy uświadamiasz sobie, że wspinasz się na wysokość 666 stóp (203 metry). No cóż, liczba dość diabelska… podobnie jak samo podejście. 

Ale nagroda czeka u góry – widoki na koryto rzeki wynagradzają każdy krok. Pustynne góry ciągną się aż po horyzont, a w dole srebrzy się wijąca rzeka Whitewater – obraz tak nierealny, że na chwilę zapominasz, że to wciąż pustynia.

W góry nie radzę wybierać się samemu.

I to nie tylko ze względów bezpieczeństwa – po prostu wspólna wędrówka to zupełnie inny wymiar przygody. Dobrze mieć kompana, a najlepiej całą ekipę – taką jak nasza. Bo wiecie, są momenty, kiedy szlak zaczyna się robić bardziej wymagający, łydki palą, a w głowie pojawia się myśl: „Serio? Mogłam przecież siedzieć w domu z kawą…”

Z nami szła koleżanka, która ma lęk wysokości. Serducho biło jej szybciej niż nam po kamienistych podejściach, ale dała radę! Bo kiedy wokół są ludzie, którzy podają rękę, rzucą żartem i jeszcze pośmieją się ze swoich własnych potknięć – wszystko staje się łatwiejsze.

A potem przychodzi ten moment na szczycie. Stoisz obok swoich ludzi, patrzysz na widok, który wynagradza każdy krok w górę, i wiesz, że właśnie dla tej satysfakcji warto było się zmęczyć.

Praktyczne rady dla przyszłych odkrywców Whitewater Canyon

Początek trasy to sama przyjemność – skacze się po kamieniach wzdłuż koryta wody jak mała kózka, a krajobraz aż woła: „chodź dalej!”. Ale uwaga – zanim ruszycie, warto sprawdzić aktualne informacje o dostępności szlaku. Jeśli poziom rzeki jest zbyt wysoki, cała przygoda może skończyć się szybciej niż się zaczęła. I lepiej nie zamieniać wędrówki w improwizowaną przeprawę przez rwącą wodę (zdjęcie poniżej dobrze pokazuje, jak wygląda to miejsce po deszczu).

Prawdziwa zabawa zaczyna się później – kiedy szlak zaczyna piąć się zygzakiem w górę. Niektóre fragmenty są wąskie i strome, więc osoby z lękiem wysokości mogą poczuć lekkie mrowienie w nogach. Ale spokojnie – wystarczy trzymać się blisko kompana (albo nawet jego plecaka, jeśli sytuacja tego wymaga 😆) i iść krok po kroku. Podejście na szczyt zajmuje około 45 minut, więc nie ma dramatu – chyba że ktoś przez całe święta trenował głównie siedzenie przy stole.

Na górze czeka najlepsza część – widoki. Pustynne pasma rozciągają się aż po horyzont, a rzeka w dole dodaje całości niemal filmowego charakteru. To moment, żeby zatrzymać się, złapać głębszy oddech, zrobić kilka zdjęć i po prostu nacieszyć się tą przestrzenią.

Nagroda na dole – turkusowy staw i złote rybki

W dół idzie się lżej, ale kamienie potrafią zrobić psikusa. Ścieżka bywa zdradliwa, więc dobre buty z solidnym gripem to absolutna podstawa. Czasem ma się wrażenie, że zejście to taki mały test równowagi – ale w gruncie rzeczy to właśnie dodaje całej wędrówce trochę adrenaliny. Z przerwami na widoki, zdjęcia i kilka chwil relaksu cała trasa zajęła nam około 2,5 godziny.

Kozic górskich nie spotkaliśmy. Prawdopodobnie schowały się gdzieś w skałach – albo, co bardziej prawdopodobne, to one obserwowały nas z góry i miały niezły ubaw 😆.

Za to na dole czekała nagroda niczym z bajki – turkusowy staw pełen złotych rybek. A jak są złote rybki, to wiadomo: trzeba wypowiedzieć życzenie. Ja swoje wypowiedziałam. I teraz pytanie – jak myślicie, spełni się?

A teraz pytanie do Was – czy mieliście kiedyś wyprawę, która skończyła się niespodziewaną nagrodą? Może to był widok, który aż odebrał Wam mowę, spotkanie z dzikim zwierzęciem… albo własna złota rybka czekająca na życzenie? ✨🐠 Podzielcie się w komentarzach!

Udostępnij

Dodaj komentarz

Mogą Ci się też spodobać te artykuły: