Gwiazdy w Palm Springs: Pustynna prywatność czy snobizm?

207052718

Palm Springs – pustynna oaza czy klub VIP tylko dla wybranych?

Nie od dziś wiadomo, że Palm Springs to miejsce, które celebryci nazywają swoim „drugim domem”. Ale co tak naprawdę przyciąga ich na tę słoneczną pustynię? Czy to urok willi z basenem, gdzie możesz leżeć w szlafroku i udawać, że życie jest spokojniejsze niż w Hollywood? A może chodzi o coś głębszego – na przykład o chęć pokazania światu, że Twój „wakacyjny domek” jest droższy od czyjejś życiowej hipoteki?

Bądźmy szczerzy, Palm Springs to nie tylko zwykłe baseny. To baseny w kształcie flamingów czy fortepianó, to fontanny w pokojach i podświetlane palmy, które świecą mocniej niż księżyc. Tutaj celebryci mogą uciec od zgiełku Hollywood, by pochwalić się „minimalistycznym” życiem, które obejmuje 12 sypialni, prywatnego szefa kuchni i kort tenisowy.

Ale może jest coś jeszcze. Może Palm Springs daje im szansę, by na chwilę odpocząć od tłumu… choćby tylko po to, by wrzucić na Instagram zdjęcie, z podpisem „Jestem zrelaksowany  i szczęśliwy” „Just another day in paradise.”

Więc co to właściwie jest – pustynna oaza czy klub VIP tylko dla tych, którzy mają odpowiednio grube portfele? A może jedno i drugie, bo przecież nawet w oazie trzeba wiedzieć, z której strony wieje luksusowy wiatr.

Panorama Palm Springs z widokiem na palmy, pola golfowe i góry San Jacinto

Legenda Palm Springs

W latach 50. i 60. Palm Springs było ulubionym miejscem wielkich ikon, takich jak Frank Sinatra, Elvis Presley czy Marylin Monroe. Powód? Oddech od blasku fleszy i ucieczka od wiecznego udawania, że życie w Hollywood jest idealne. W końcu, jak odpoczywać, kiedy na każdym kroku ktoś pyta, jakie są Twoje następne plany filmowe, a Ty po prostu chcesz zjeść kanapkę bez makijażu?

W Palm Springs gwiazdy mogły na chwilę odetchnąć i zaszyć się w swoich nowoczesnych, eleganckich willach, które do dziś są symbolem retro luksusu. Wyobraźcie sobie imprezy, na których Frank Sinatra nalewał drinki, Elvis w kącie próbował najnowsze kroki taneczne, a Marylin… no cóż, po prostu wyglądała perfekcyjnie, nawet nic nie robiąc i siedząc na leżaku.

To tutaj organizowano najbardziej ekstrawaganckie imprezy, gdzie na stołach znajdowały się krewetki większe od winogron, a baseny były tak błyszczące, że mogłyby posłużyć jako lustra. Palm Springs było miejscem, gdzie plotki rodziły się szybciej niż kolejne role w Hollywood, a gwiazdy tworzyły legendy, które żyją do dziś. Bo przecież, czy może być coś bardziej niezapomnianego niż Frank Sinatra, który kończy imprezę o 4 nad ranem, śpiewając na cały głos na środku ulicy  zapominając, że ma sąsiadów? 

A co z gwiazdami dzisiaj?

Podczas gdy Hollywood błyszczy czerwonym dywanem i premierami, Palm Springs to jego absolutne przeciwieństwo. W Hollywood trzeba zawsze wyglądać jak milion dolarów – i to dosłownie, bo tyle kosztują stylizacje na wieczór. A w Palm Springs? Możesz chodzić w szlafroku, który wygląda jak wyciągnięty z luksusowego hotelu (a w rzeczywistości kupiony za grosze na wyprzedaży), i nikt nawet nie mrugnie okiem.

Tutaj gwiazdy mogą być sobą – w okularach przeciwsłonecznych wielkości dwóch małych talerzy i z margarita w ręku. Brzmi jak raj, prawda? Zwłaszcza że margaritę możesz pić już od rana, bo kto cię tu oceni? Sąsiad? On właśnie ćwiczy jogę na dachu swojej willi z widokiem na pustynię.

A może właśnie dlatego Palm Springs tak bardzo ich kusi? To jedyne miejsce, gdzie mogą odpocząć od udawania perfekcji. Nie ma paparazzi czających się za każdym krzakiem (no chyba, że w krzakach są kamery ochronne sąsiadów). Tutaj nawet najwięksi celebryci mogą odetchnąć, choć czasem z lekkim smutkiem zauważają, że ich stylowy szlafrok nie trafia na okładkę magazynu.

Palm Springs to dla gwiazd takie miejsce, gdzie możesz być „zwyczajny”, ale w ich wersji zwyczajności – w willi za 15 milionów, z basenem w kształcie muszli i w otoczeniu palm, które ktoś osobiście wybrał, żeby pasowały do wystroju wnętrza. I wiecie co? Właśnie to sprawia, że miejsce to kusi ich jeszcze bardziej – bo mogą poczuć się jak wszyscy inni… no, prawie. 

Pustynna oaza czy zamknięty klub?

Krytycy twierdzą, że Palm Springs staje się coraz bardziej ekskluzywne i odcięte od reszty świata. W końcu, kto normalny decyduje się na życie w miejscu, gdzie na śniadanie masz smoothie z kaktusa, a sąsiad to rekin finansowy, który w garażu trzyma kolekcję klasycznych Jaguarów?  Willa w tych ekskluzywnych okolicach za zamkniętymi bramami, to dziś inwestycja, na którą mogą pozwolić sobie tylko nieliczni. Bo w Palm Springs nie wystarczy basen, musisz mieć basen w kształcie flaminga, a wokół niego równo przycięte palmy, najlepiej takie, które są na Instagramie bardziej idealne od Ciebie.

Zatem pytanie brzmi: czy to nadal miejsce dla tych, którzy chcą uciec od blasku fleszy, czy raczej pustynny raj dla snobów, gdzie każda impreza to konkurs na to, kto ma droższy filtr do wody? Może Palm Springs to nie tylko spokojne schronienie, ale też scena, na której gwiazdy mogą udowodnić, że potrafią być „normalne”… oczywiście na własnych, luksusowych zasadach.

A Wy, co myślicie? Czy Palm Springs to idealne miejsce na relaks, czy raczej destynacja dla tych, którzy chcą uciec od ludzi, ale tylko tych, których nie zaprosili na swoją imprezę przy basenie? 

Udostępnij

Ten post ma jeden komentarz

  1. palmsprings

    To piękny i pełen refleksji komentarz, który doskonale pokazuje, jak różne mogą być nasze perspektywy. Palm Springs rzeczywiście przyciąga luksusem i przepychem, ale myślę, że to, co tak naprawdę jest największym bogactwem tego miejsca, to właśnie kolory, ciepło i natura, które wspomniałaś. Dla wielu zamożnych ludzi Palm Springs to ucieczka od codzienności, miejsce, gdzie mogą odpocząć i złapać chwilę oddechu. Ale dla mnie to też coś więcej – spokój, słońce, które koi zmysły, i te niezapomniane widoki, które przypominają, jak mało czasem potrzeba, by poczuć się szczęśliwym. A gwiazdy? One mają swoje wybryki i luksusy, o których nam się nawet nie marzy – od willi z basenami większymi niż nasze domy, po wymyślne zachcianki, jak lodowiska na środku pustyni. Jednak myślę, że to, co łączy nas wszystkich, to potrzeba odnalezienia chwili wytchnienia i miejsca, w którym możemy być sobą.

Dodaj komentarz

Mogą Ci się też spodobać te artykuły: